biseksualizm.blogspot.com
Reflekcje poślubne
2010-08-28 13:36
Publiczne wywnętrzanie się wydaje mi się w złym guście. Ale może mogę raz?
Byłam na ślubie przyjaciółki. Przyjaciółka wyglądała jak księżniczka z bajki, była tak piękna, że dech zapierało. Jej facet (swoją drogą fajny, troskliwy gość) wyglądał jakby właśnie wygrał miliony w totka. W ceremonii brała udział wniebowzięta z powodu ślubu rodzina. Wokół było tyle kwiatów, kościół kameralny, a ksiądz ciepły i taki ludzki. No pięknie było no. Kocham tą moją przyjaciółkę bardzo, więc szczerze cieszyłam się jej ślubem.
Znacie takie uczucie, kiedy dopada Was jakaś upychana z uporem maniaka w zakamarki umysłu, odsuwana daleko, zastawiana uporczywie innymi tematami (zastępczymi) myśl? No to mnie dopadła - chciałabym mieć taki ślub. Od pewnego czasu upieram się , że ślub jest do niczego nie potrzebny, że w ogóle kobiecie niezależnej nie wypada nawet pomyśleć, że mogłaby się dać zawlec przed ołtarz, ubrana w te wszystkie heretyckie, godowe procedury. No ale cóż.
Chodzi o to, że oni nie muszą nic zwalczać, łazić z jakimiś transparentami, toczyć bojów z babcią, ciocią i skarbówką, tylko mogą przebrać się za księcia i księżniczkę i raz w życiu pomaszerować wśród tych róż wprawiając wszystkich w osłupienie z powodu tego jacy są piękni i szczęśliwi.
Ja wiem, że niektórym wydaje się, że biseksualność polega na tym, że możesz wybrać życie wygodne lub niewygodne. Tylko, że dla osoby, która dylematy tożsamościowe ma za sobą, a wahań nastroju wieku młodzieńczego już nie pamięta, sprawa wygląda trochę inaczej. Nie ma większego piękna niż miłość, niezależnie od tego od kogo pochodzi. Miłość nie jest czymś, co przytrafia się stale. Prawdziwa miłość dopada szczęśliwców. Miłość jest towarem deficytowym. Tak naprawdę, jeżeli miłość nas spotka, nie ma wyboru. To co wygodne, wcale nie jest najlepsze, to co społecznie cenione nie wydaje się najwartościowsze.Ważne jest tylko to, żeby nie zmarnować miłości.
Nie czułabym, że coś tracę, będąc z inteligentną, życiową mądrą i uczciwą kobietą. A jeżeli byłby to facet, to pewnie też nie wzięłabym ślubu. Nie wiem, czy w ogóle dałabym sobie prawo do tego, żeby myśleć, że mogę wziąć ślub.
I chyba nie chodzi nawet o ten sam ślub. Chodzi o to, że czasem pojawia się gdzieś w sercu takie uczucie niesprawiedliwości, inności i obcości i pragnienie bycia pasującą częścią. I pewnie będzie czasami wracać niezależnie od tego z kim i gdzie będę.
Zwykle nie jestem taką marudą. Nawet jest mi na świecie całkiem miło. Ale to był taki dziwny dzień.
http://biseksualizm.blogspot.com/2010/08/reflekcje-poslubne_28.html

